Szapo Ba! Czyli in tributum

Nadszedł ten moment. Anusiakowi skończył się urlop macierzyński i czas jej było wrócić do pracy. Skończył się dla niej okres niekończącej domowej harówki. Przyszedł moment, gdy trzeba było przejąć od żony część obowiązków.

Oleństwo zostało oddane pod opiekę niani. Niestety bajtel nie przeszedł pomyślnie egzaminów wstępnych do żłobka i żadna placówka nie chciała jej przyjąć. Mówili coś o braku miejsc i że frank szwajcarski rośnie w siłę. Ogólnie coś na PiS zwalali. Nic to. U niani grzdylowi jest dobrze i cieszyć się z tego należy.

Jednakże z racji mojego zmianowego systemu pracy, stało się tak, że dane mi było zostać z bajtlem sam na sam na dłużej niż 2 godziny. I to już w pierwszy dzień pracy Anusiaka. Nie powiem aby wizja ta nie wywoływała u mnie chwilowych palpitacji serca. Bo przecież jak to tak, bez Anusiaka na 8 godzin?

Gdy zbliżał się TEN dzień, atmosfera robiła się napięta jak guma w gaciach i gorąca jak rozgrzana prostownica do włosów. Nawet pies bał się wyściubić nosa z kojca. Początek TEGO dnia nie zapowiadał się różowo. Olka obudziła się razem z Anusiakiem. Czyli skoro świt. O 5:30. I nie była przyjaźnie nastawiona do otoczenia. Jej zachowanie odzwierciedlało filozofię „nie mów do mnie z rana”. Znacie to uczucie. Patrzycie na kogoś, a ta osoba chce jedynie abyś się zamknął. I tak było z tym 12 miesięcznym bajtlem. Złość i krzyk. Bo nie mogła się przykleić do jakże pięknego wodopoju w postaci maminych piersi. Damn. Cóż mnie było robić? Nosić i tyle. I kombinować. Mój strach narastał w miarę zbliżającej się godziny wyjścia Anusiaka z domu. Minę jednak twardą i wesołą zachowywałem, bo żona moja była podwójnie zestresowana. Nie dość, że powrót do pracy po 12 miesiącach, to jeszcze dziecko musi zostawić z ojcem karkołomnie nieogarniętym. Więc gdybym okazał choć odrobinę zwątpienia i słabości, gotowa by mnie pozbawić praw rodzicielskich.

Ale nic to. Klamka zapadła. Drzwi się zamknęły. Pozostał głuchy stukot anusiakowych obcasów w oddali. Olka spojrzała na mnie siedząc na rękach. Zrobiła swoją słodką minę i mówiąc „tiu” pokazała, że mam iść do pokoju. I wszystko minęło w miarę sprawnie. 8 godzin zleciało jak z bicza strzelił. Było śpiewanie, było jedzenie, było skakanie, zabawa z lalkami, śledzenie przechodniów w oknie i nabijanie się z kierowców, którzy nie mogli sobie poradzić z automatem parkingowym, było spanie, spacer i wszystkie te rzeczy, które dla dziecka małego najlepsze. Olka okazała łaskę zgredowi swojemu.

Tylko, że prysznic musiałem wziąć około południa, gdy Olka skleiła oko z poduszką. Spacer też nie minął bez przeszkód. Bądź tu człowieku mądry jak ubrać dziecko, gdy żona wytycznych nie zostawiła. A weź zadzwoń z zapytaniem w co ją ubrać. To tak Ci wytłumaczy, że nie będziesz wiedział, że masz takie rzeczy w domu. I w końcu założysz kurtkę, w której najczęściej dziecko dostawałeś idąc na spacer. No i nie można przecież przed żoną pracującą okazać słabości. Zaraz by to się zamartwiało w pracy, że mąż jełop. I ułomny do tego.

Gdy Anusiak wrócił do domu wszystko w miarę grało. Dziecko było całe, bez śladów upadku z dużej wysokości czy uderzenia w komodę. Pies wylegiwał się na kanapie rozłożony jak żaba na liściu. Ja przyjąłem na facjatę maskę „poker face” z delikatnym uniesieniem prawego kącika ust, aby wyglądało, że wszystko gra.

I tylko później naszły mnie pewne refleksje. Bo o to ja spędziłem z Oleństwem 8 godzin, całą uwagę poświęcając tylko jej. Zastanawiające jak to robił Anusiak, że w czasie pobytu na macierzyńskim urlopie potrafiła w ciągu dnia posprzątać dom, zrobić obiad, poprasować, zająć się dzieckiem, wyjść z nim na spacer, zrobić zakupy i inne Bóg wie jakie jeszcze różniste czynności wykonać? Gdy ja podczas 8 godzin sam na sam bałem się do toalety wyjść, o robieniu czegokolwiek już nie wspomnę. Ale to był pierwszy dzień. Minął miesiąc i z każdym kolejnym takim dniem powoli zaczynam się rozkręcać. Potrafię już nawet odkurzyć przy dziecku.

Szapo Ba!!

Niedawno usłyszałem w pracy, jak kolega zwraca się do matki wracającej do roboty po macierzyńskim takimi oto słowami: „No to co? Powrót do pracy? Koniec leżenia plackiem do góry i opieprzania się w domu? Koniec lenistwa?”. Nie podjąłem polemiki z osobnikiem. Bo i nie zwykłem dyskutować z osobami o inteligencji rozwielitki. Droga żono, drogie kobiety matki! Oto wszem i wobec ogłaszam, że za to co robicie na macierzyńskim należy się Wam ogromny szacunek! Bo być z dzieckiem przez cały czas to nie tylko zabawa i gaworzenie do bajtla. To ciężka praca od rana do nocy bez taryfy ulgowej. Nie ma przerwy na kawę, siusiu czy obiadek w każdym dowolnym momencie. Jest krzyczące dziecko (nie zawsze, ale jednak) i dom na waszej głowie. Nie wiem jak to mój Anusiak i wszystkie inne matki robią. Z diabłem konszachty macie i szatańskie w Was przez to zdolności siedzą. Jedno jest pewne: urlop macierzyński to ciężka praca na 3 etaty! I nazwa urlop pasuje do niego jak świni siodło.

P.S. Drogi Anusiaku! Ten tekst jest dla Ciebie

The following two tabs change content below.

Karkołomny

Racjonalny obserwator absurdów otaczającego świata. Miłośnik wszystkiego co dobre.

Ostatnie wpisy Karkołomny (zobacz wszystkie)

2 przemyślenia na temat “Szapo Ba! Czyli in tributum”

  1. ~Boguśka pisze:

    Witam. :-) Powiem jedno – BRAWO. :-)

  2. ~Agnieszka pisze:

    Piekny tekst :)) Niestety bycie w domu z dziecmi docenia tylko te osoby co to przeszly :)) Super sobie radzisz z kazdym dniem jest tylko lepiej :)) Pozdrawiam Piekna Zonke i Sloneczko Wasze i Ciebie :)) Agnieszka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>